poniedziałek, 28 października 2013

Co mnie zaskoczyło w Londynie? Londyn dla Erasmusa

Ceny
Ceny w Londynie nie okazały się dla mnie jakimś ogromnym zaskoczeniem, jednak zakładałam, że będą niższe biorąc pod uwagę emigrację zarobkową Polaków. Ceny wynajmu mieszkania (o ile nie chce się mieszkać w kilka osób w jednym pokoju na końcu miasta), ceny transportu miejskiego, a nawet jedzenia ( o ile ktoś chce odżywiać się zdrowo, kupować dobrej jakości nieprzetworzone produkty) są stosunkowo wysokie. Jedzenie jest w dużym uproszczeniu średnio dwa razy droższe (nie licząc jedzenia na mieście), komunikacja miejska jest średnio 5 razy droższa (najtańszy bilet na metro to ponad 100funtów), wynajem jest również średnio 4-5 razy droższy.  W zasadzie emigracja w celach wyłącznie zarobkowych wydaje się być średnio opłacalna, choćby w porównaniu do Warszawy, gdzie ceny utrzymania są jednak znacznie niższe.
Jeśli chodzi o Erasmusa, którego wysokość stypendium ma z założenia pokrywać różnice w kosztach utrzymania w poszczególnych państwach. Niestety, tak się jakoś dziwnie składa, że w niektórych krajach stypendium pokrywa CAŁOŚĆ kosztów utrzymania studenta, dodatkowo pozostawiając mu jakąś kwotę którą może nawet przywieźć do domu; a w niektórych krajach stypendium nie pokryje nawet wynajmu pokoju, nie mówiąc pozostałych kosztach. Londyn z pewnością zalicza się do tej drugiej kategorii.
Przystanki autobusowe i czas dojazdów
Przystanki autobusowe bywają od siebie oddalone o 100-150 m. Z założenia są one tylko na żądanie, w praktyce autobus zatrzymuje się na każdym (zawsze znajdzie się ktoś kto do tego konkretnego będzie miał bliżej!). To sprawia, że podróż autobusem niemiłosiernie się wydłuża. Dobrze chociaż, że prawie zawsze można usiąść ,,u góry''.
File:London bus routes 53, 11 and 88.jpg
Wykładowcy i administracja na uniwersytecie
Wykładowcy są na ogół przemili i pomocni wydają mi się strasznie niańczyć swoich studentów. Gdy wykładowca zadaje pytania studenci potrafią bez cienia wstydu powiedzieć ,, Nie uważałem. O co Pan pytał?'' (zawsze zdarzy się kilku takich studentów na zajęciach co kompletnie nie wzrusza wykładowców).
Ponadto wykładowcy przypominają o zadanych pracach dosłownie na każdych zajęciach. Pomimo tego, że forma zaliczenia jest dokładnie opisana w tzw. module guides'', wykładowcy stale przypominają. ,,Termin jest za 6 tygodni, to już niewiele czasu'', ,,pozostało już tylko 5 tygodni'' itd.
Administracja to w porównaniu z polskimi warunkami bajka. Nie ma kolejek. Dodatkowo gdy tylko się podejdzie któraś z pań natychmiast pyta w czym można nam pomóc. I jakby tego było mało panie pracujące w administracji są przemiłe.

poniedziałek, 7 października 2013

Jak liczyć kalorie?

Na samym wstępie warto sobie uświadomić, że organizm osoby, która w zasadzie nie ma ruchu potrzebuje dla podtrzymania funkcji życiowych (a zatem funkcjonowania bez okładania tłuszczu) bardzo niewielką ilość kalorii. Dla kobiety o wzroście 170 cm jest to około 1700-1800 kalorii.
Warto też dodać, że osoby wyglądające na bardzo szczupłe, wręcz wychudzone często dostarczają organizmowi średnio 800 kcal dziennie. Nie jest to oczywiście zdrowe, ani warte naśladowania, ale jedząc nieregularnie i nie przykładając też większej uwagi do jedzenia nietrudno jest tak bardzo ograniczyć energetyczną wartość spożywanego pokarmu.
Nieregularne jedzenie sprawia też, że niektóre, bardzo szczupłe osoby uważane są za mające ,,szczęście''. Ponieważ widzimy je jak pochłaniają duże ilości niezdrowego, kalorycznego jedzenia. Zwykle takie osoby potrafią w ciągu następnych dni prawie NIC nie jeść.
Łatwo winą za swój wygląd obarczyć kiepski metabolizm (uważając, że szczupłe osoby mają lepszy).
Czy chcąc stracić na wadze trzeba znać dokładną wartość kaloryczną pożywienia?
Według mnie nie. Wystarczy zapoznać się z wartością kaloryczną najczęściej spożywanych przez nas produktów. Głównie owoców i warzyw, które w sklepach często nie są opatrzone informacją o zawartości kalorycznej. (w przypadku owoców trzeba zwłaszcza uważać na banany, spory dojrzały banan często jest tak samo kaloryczny jak standardowy batonik czekoladowy, choć jest też zapewne zdrowszy :) ).
Jeśli samodzielnie przygotowujemy posiłki, warto zapoznać się z informacją ile kalorii zawierają najczęściej przygotowywane przez nas potrawy.
Ja na przykład odkryłam, że standardowe, przygotowywane przeze mnie spaghetti bolognaise to nawet 800kcal na porcję!
Poza potrawami przygotowywanymi samodzielnie sprawa jest już banalnie prosta. Właściwie wszystkie dania gotowe opatrzone są informacją o kaloryczności. To samo tyczy się produktów mlecznych, przekąsek, płatków i setek innych rzeczy.
Na co uważać.
I choć moim zdaniem nie warto liczyć każdego jabłka które się zjadło to trzeba uważać na tłuszcze, sosy i napoje. Dodana do posiłku łyżka oliwy może mieć nawet 120kcal. O podobną wartość może podnieść kaloryczność posmarowanie chleba masłem. Sosy dodawane do sałatek mogą zawierać nawet 100-300 kalorii. Podobnie sytuacja wygląda ze słodkimi napojami. Soki dostępne w sklepach mają tyle samo bądź więcej kalorii niż słodkie napoje typu fanta, cola. Są zatem bardzo kaloryczne. Nie są też moim zdaniem specjalnie zdrowie (jako że zawierają mnóstwo cukrów). Lepiej od czasu do czasu wypić sok ze świeżo wyciśniętych owoców, a na co dzień przyzwyczaić się do niesłodzonej herbaty (0, kalorii, a zielona jest pyszna!).
Jak łatwo oszacować ile dana potrawa ma kalorii.
Spożywane przez nas jedzenie ma 3 główne składniki pokarmowe: białka, tłuszcze i węglowodany (czyli cukry). I tak:
1g tłuszczu ma ok. 9 kalorii
1g węglowodanów to ok.4 kalorie
1g białka to ok. 4 kalorie.
Nietrudno więc policzyć, że np. masło składające się niemal z samego tłuszczu ma w 100g, 800-900kalorii. Podobną wartość kaloryczną mają oleje.
Słodycze niezawierające tłuszczy (zatem landrynki, gumy, lody ,,wodniaki'') będą miały znacznie niższą zawartość kaloryczną niż te zawierające tłuszcze (jak np. czekolada ok. 600kcal na 100g).